Dom

Dom

Odziedziczyłam wielki dom. I teraz stoję w jego drzwiach, choć nie było łatwo je znaleźć.

Zwykle drzwi wejściowe są reprezentacyjne, dobrze oświetlone. Mają wizytówkę, dzwonek, wycieraczkę. A drzwi mojego domu są zupełnie inne. Nie zapraszają, niczego nie ułatwiają. Są ukryte, niepozorne, mało zachęcające.

W człowieku chcącym wejść do tego domu musi pojawić się silna determinacja i jednocześnie rodzaj takiego mikro olśnienia: Aha, to są właśnie TE drzwi, które muszę sama otworzyć …najważniejsze drzwi w życiu.

Nie wiem, co tu robię i nie wiem dokąd zaprowadzi mnie otwarcie tych drzwi. Kiedyś przez moment myślałam, że ułożyłam puzzle, kawałek po kawałku wiedzy, której szukałam, że odkryłam tajemnicę życia, połączenia jego prozy z jego sensem i wzniosłością,  i że dla równowagi muszę jeszcze odkryć tajemnicę śmierci na różnych jej głębokościach. A potem to już tylko od wspaniałości do wspaniałości.

Dziś te przekonania sprzed lat wywołują u mnie uśmiech  i może właśnie dlatego stanęłam u progu tego wielkiego domu.

Pozbycie się przekonań wytycza nowy szlak. To jest początek wszystkiego.

Wiadomo, że najważniejszy jest plan, więc oczywiście mam plan. Przejdę się po moim nowym domu, zapalę kilka świec, pootwieram wszystkie drzwi, zajrzę wszędzie, przywitam się.

Oto jestem. Wchodzę. Mówię dzień dobry.

Jest ciemno. Zapalam pierwszą świecę. Przede mną korytarz i ta niepokojąca cisza. Mój dom mnie nie wita. Czuję się obco.

Pełno tu drzwi, po jednej i po drugiej stronie korytarza. Wszystkie pozamykane.

Ale spokojnie, po kolei. Trzymam się planu. Trzeba otworzyć pierwsze drzwi i oswoić pierwszy pokój. Zrobić ten pierwszy krok.

Więc wybieram pierwsze napotkane drzwi.

Jakaś siła wciąga mnie do środka pokoju. Pełno tu różnorodnych istot. Są ludzie, zwierzęta, obrazy, barwy, nawet zapachy. Jest gwarno, tłoczno, wesoło.

Przyglądam się wszystkiemu z uwagą i z takim dziwnym uczuciem, że wszystko to dobrze znam. Znam wszystkie te istoty. Przeszywają mnie znane mi emocje.

Jednoczenie odkrywam, że to radosne miejsce jest zaledwie jednym z zakamarków wielkiego labiryntu. W innych zakątkach panuje przejmujący mrok. Wędrówka po labiryncie jest jak przechodzenie bieli w czerń i z powrotem. Radość zamienia się w smutek.

Jakbym znalazła się w jakiejś otchłani. Jednak czuję, że muszę tu pobyć jakiś czas, przejść przez ten labirynt, zrozumieć go, bo jeżeli nie zrozumiem, to nigdy się od niego nie uwolnię.

Mrok ukryty w zakamarkach pulsuje. Ogarnia mnie bezsilność i lęk. Przecież ja znam te uczucia. Bezsilność zawsze budziła we mnie determinację, lęk znikał, gdy tylko kierowałam się w stronę Światła, więc szukam Światła, tego w sobie.

Z ulgą znajduję drugą świecę. Zapalam ją.

W świetle świecy widzę małą dziewczynkę siedzącą na podłodze. Twarz ukryła w dłoniach, jakby chowała się przed tym wszechpanującym mrokiem. Czuję jej samotność, ale jednocześnie wiem, że nie mogę jej stąd zabrać.

Ten czas spędzony w labiryncie dłuży się i mam wrażenie , że jestem tu już całą wieczność ciągle uwikłana w sprawy tego pokoju.

Pomału dochodzi do mnie, że jestem w pokoju  PRZESZŁOŚCI.

Nie chcę tu już być. Nie ma we mnie zgody na ciągłe kluczenie w minionej epoce mojego życia.

I wtedy wszystko znika.

To jest ta siła wewnętrznej decyzji. Zamykam za sobą drzwi.

Znów jestem na korytarzu. Dostrzegam świecę, tę pierwszą, którą zapaliłam wchodząc do domu. Jej światło jest jakby silniejsze, bardziej przyjazne.

Wędrówka po labiryncie przeszłości zrodziła we mnie zrozumienie ważności naszych myśli z ich tajemną mocą kreowania. To my jesteśmy twórcami labiryntów, których zapętlenie czyni nas niewolnikami.

Potrzebna jest wielka determinacja, żeby uwolnić się od nałogu bycia w przeszłości, od wszystkich programów, które prowadzą nas po kole  podobnych wydarzeń, wikłają nas w podobne relacje, kradną nam te szczególne obszary pustki w sobie.

Zrozumienie przeszłości uwalnia  od towarzyszących jej emocji, pozostawiając w pamięci jedynie katalog zaistniałych zdarzeń.

Idę dalej korytarzem swojego domu.

Dostrzegam napisy na drzwiach pokoi. Takie wizytówki określające zawartość danego pokoju. Wcześniej tego nie było. Jakby dom podpisując pokoje dawał mi możliwość wyboru.

Na końcu korytarza tli się wątłe światełko. To też coś nowego. Nie daje mi to spokoju. Czuję, że powinnam zacząć biec korytarzem wprost do tego światła, a jednak coś mnie powstrzymuje i to coś jest silne, zniewalające, zdecydowanie przytrzymujące.

Czytam wizytówkę na następnych drzwiach: PRZYSZŁOŚĆ.

Coś mi mówi, żeby ominąć ten pokój, ale to drugie coś we mnie ma na imię ciekawość, więc oczywiście wchodzę.

Od razu wpadam w nieskończony algorytm. Pełno w nim bramek, wejść, wyjść, rozwiązań, spekulacji. A co, jeśli? A jak będzie, gdy? A co się wydarzy, jeżeli?

Snucie się po algorytmie przyszłości jest równie męczące, jak błądzenie w labiryncie przeszłości. Gdzie zatem jest teraźniejszość?

Czy ona jest w zapaleniu trzeciej świecy i ucieczce na korytarz?

Dlaczego wybieram ucieczkę, a nie spokojne wyjście? Bo potrzebna jest siła determinacji, rodzaj brawury, która towarzyszy ucieczce. To jest ten akt przemiany tu i teraz, natychmiast.

Ta wewnętrzna ucieczka rozświetliła korytarz. Zobaczyłam, że jest szerszy, przestronniejszy. Zniknął też ten klaustrofobiczny niepokój, który towarzyszył mi od wejścia do domu.

Widzę pełno drzwi z różnymi wizytówkami. Jest pokój uczciwości, pokój cierpliwości, pokój pokory, pokój szczerości, pokój łagodności i wiele innych. Niekończący się ciąg drzwi.

Czuję, że mogę je pominąć opierając się ich sile przyciągania i dzięki temu mogę iść dalej, nie tracąc czasu na samodoskonalenie.

I wtedy pojawia się napis WIEDZA.

Otwieram drzwi tego intrygującego pokoju.

Zapalam czwartą świecę.

Pod ścianą stoi wielki regał z księgami. Trudno jest oprzeć się zachwytowi nad możliwościami tego wspaniałego miejsca. Zaczytuję się. Mam wrażenie, że to wszystko mnie wypełnia i nie ma już miejsca na nic innego.

Ta wiedza jest tak wspaniała, że zagościłam w tym pokoju na bardzo długo. Towarzyszą mi inni łowcy wiedzy. Jest ich dużo, dyskutują, tworzą kluby, grupy, metody. Staję się jedną z nich.

Ale nie daje mi spokoju myśl, że to przecież nie jest moja wiedza, że to jest czyjaś wiedza, czyjeś rozpoznanie i czyjeś zrozumienie. To jest czyjaś inspiracja ubrana w przez kogoś wybrane słowa.

Zapamiętanie tych słów  i nawet próba życia według nich, nigdy nie uczyni z nich naszej inspiracji i naszego własnego zrozumienia, naszego głębokiego wglądu.

Czyjeś myśli zawarte w tekstach czynią z nas jedynie wyznawców, pasjonatów czyjejś  teorii, naśladowców.

Zaczytani w czyjeś teksty, czy zasłuchani w czyjeś słowa, nigdy nie staniemy się autonomiczni.  Wielu mówi, że to ich inspiruje, że mają dzięki temu dostęp do różnych metod, różnych idei i mogą być ich recenzentami, mogą tworzyć opinie, co jest dobre, a co jest błędne. Mogą cytować bez końca ludzi światłych, mądrych i rozumiejących cały wszechświat, ale to i tak nie stanowi rozstrzygnięcia w ich własnym życiu, to i tak nie stanie się wiedzą z pierwszej ręki.

Te myśli są tak jasne, tak oczywiste, że bez żalu opuszczam pokój wiedzy zostawiając w nim zapaloną świecę.

Korytarz znów się zmienia. Zaczynam zapominać, jak wyglądał na początku mojej drogi przez ten szczególny dom.

Idę dalej. Dostrzegam drzwi z napisem SŁOWA.

Od razu wiem, że muszę tam wejść. Pobyt w pokoju wiedzy napełnił mnie tyloma słowami, że muszę się im przyjrzeć, w jakimś sensie rozprawić się z nimi.

No więc wchodzę na spotkanie ze słowami. Zapalam piątą świecę i widzę te wszystkie słowa i krążące wokół nich energie.

Słowa wybrzmiewają z naszych ust, docierają do nas poprzez uszy i oczy, mieszkają w naszych myślach. Można powiedzieć, że są częścią nas samych. Są wszędzie. Jesteśmy ich twórcami i odtwórcami. Słowo to potężne narzędzie, którym dysponuje człowiek. I tak jak człowiek ma to w swoim zwyczaju różnie wykorzystuje narzędzia, które ma do dyspozycji.

Widzę wiele pięknych słów, które straciły swój blask, a jednak ciągle krążą wśród ludzi mimo, że zostały zniewolone przez złe intencje, zagrabione Światłu i pozbawione pierwotnej siły.

Dla bardziej świadomego człowieka dawno  przestały być piękne.

Jest wiele słów obarczonych cierpieniem i dziś trudno je odczarować i uwolnić  od ich brzemienia.

Tego się nie da obronić, wymazać, inaczej zinterpretować.

I nawet jeżeli w myślach wielu z nas te słowa mają jeszcze to szczególne pierwotne znaczenie i są dla nas wyjątkowe, wręcz święte, to i tak ciemna siła, którą ludzie przez wieki im nadali, którą je obarczyli poprzez swoje haniebne działania i myśli, istnieje i ma duży zasięg swojego mrocznego oddziaływania.

Stojąc w pokoju słów zrozumiałam, że nie można ot tak wyczyścić jakiegoś ważnego słowa, uwolnić je od mroku, wiedząc że przecież opisuje ono wielkie idee, niezbadane energie,  wzniosłe myśli i najprawdziwsze z prawd, ale jednocześnie czując , że wszystko to zakłócane jest przez stojące jakby po drugiej stronie tego słowa zbrodnie, cierpienia i fałsz.

Egregory siedzą na słowach jak sępy, kradnąc im czystość i prawdę , wysysając z nich światło. A uzyskaną siłę  przewalutowują i wykorzystują do swoich mrocznych praktyk manipulacyjnych.

Przyglądanie się słowom w ich pokoju nasuwa myśl, że każde słowo, które potrzebuje dodatkowego wytłumaczenia, które by być właściwie zrozumiane potrzebuje adwokata, które nie broni się samo, nie jest tym czystym słowem, tym najbardziej adekwatnym i jednoznacznym. Nie jest słowem – kluczem.

Ale w pokoju słów są też słowa, które nie zostały całkiem zbrukane.

Więc wychodzę z tego pokoju zabierając ze sobą swój własny słownik stworzony intuicyjnie, wiedząc, że jeszcze jakiś czas te potężne narzędzia będą użyteczne. Ale jednocześnie przeczuwając zbawienne znaczenie pustki. Pustka ma swoje listy, swoje przekazy bez słów.

Korytarz znów jaśnieje. Pierwsza świeca płonie niczym niezakłóconym płomieniem.

To jest ten moment wewnętrznego oświetlenia. To jest ta chwila zrozumienia.

Wracam myślą do małej dziewczynki, którą spotkałam w pokoju przeszłości.

I już wiem, co chciałabym jej przekazać, w co ją wyposażyć na trudną drogą, jaka rysuje się przed nią.  Więc wysyłam jej list z pustki, w którym ukryta jest ta chwila zrozumienia.

I wtedy dostrzegam kolejny pokój, ale on nie ma drzwi i nie ma wizytówki. Nawet nie ma ścian.

Jest rozległą przestrzenią pełną cudów i wszystkiego, co nowe. Nie zabrałam z pokoju SŁÓW tych słów którymi mogłabym opisać to miejsce.

Dlaczego ich nie zabrałam? Bo ich tam nie było.

Czuję, że sama muszę wybrać jakieś słowo z mojego własnego słownika. Słowo, którym mogłabym określić to miejsce, czyniąc mu jak najmniej krzywdy.

I wybieram takie słowo i nazywam to miejsce przestrzenią INSPIRACJI.

Szósta świeca w moich rękach zapala się sama.

Stoję pośrodku i odczuwam roziskrzoną OBECNOŚĆ. Szczęśliwie nie umiem jej nazwać , określić, uwięzić w ocenach.

Wiem, że to wszystko, co znajduję w tej przestrzeni jest dostępne dla każdego, i że jedyną reglamentacją są blokady w nas samych. Dostrzegam je coraz wyraźniej.

Korytarz znika. Znikają pokoje jeden po drugim zabierając ze sobą pozostawione w nich świece. Ściany się rozstępują. Mój dom pomału przestaje istnieć.

Została mi w rękach tylko jedna, ostatnia świeca.

Kto ją zapali?

Z jakiego materiału jest zbudowana?

I jakim ogniem będzie płonąć?

Tego nie wiem.

Ta opowieść nie ma zakończenia. Nie ma swojej własnej kropki

Ta opowieść to dopiero początek.

Udostępnij ten artykuł

Informacje o wpisie

Data: 7 września, 2026
Autor: Małgorzata Karaplios (Poland)
Zdjęcie: by Erik Mclean on Unsplash CC0

Ilustracja: